- Przepraszam za spóźnienie.
Postać w jasnym garniturze spojrzała znad filiżanki kawy. Spojrzała krytycznie. Raził go wygląd osoby nad nim stojącej. Długie, rozpuszczone, jasne włosy, czarna, skórzana kurtka i tegoż samego koloru spodnie
- Nic nie szkodzi, siadaj – rzekł odkładając filiżankę – przy okazji, nie mogłeś się stosowniej ubrać, twój aktualny strój, nie do końca pasuje do takiego miejsca, jakim niewątpliwie jest ta kafejka
Długowłosy usiadł. Trudno na pierwszy rzut oka było stwierdzić, jakiej płci jest owa postać. Urodziwa twarz zdradzała zarówno wiele cech kobiecych, jak i męskich. Oblicze było piękne, niemal bez skazy.
- Wiesz zapewne, czemu zaprosiłem cię tutaj szanowny Raamielu? – postać w czerni przytaknęła
- No, ale nim zaczniemy, może napijesz się czegoś? – człowiek w garniturze przetarł okulary. Jego oczy były odzwierciedleniem kłamstwa, przebiegłości i obłudy. Patrząc w nie, każdy zaczynał martwić się o siebie i o najbliższych. Nienaganna fryzura i starannie przystrzyżona bródka, jeszcze bardziej potęgowały to wrażenie.
- Wezmę espresso.
Siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu. To nie była zwykła cisza, czy trywialny brak tematu do rozmowy. To była bitwa. Ich spojrzenia walczyły ze sobą. Spokojne i łagodne wejrzenie Raamiela, co chwila ścierało się z fałszywym i nieco wykpiwającym wzrokiem gościa w garniturze. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta… Wszystko przerwała kelnerka ze słowami:
- Espresso dla pa… - tu miała problem by stwierdzić jednoznacznie – proszę kawe
- Więc dalej chodzi ci o nasz zakład Appolynie, jak mniemam.
- Owszem mój niebiański przyjacielu – w głosie osoby zwanej Apollynem dało się słyszeć nutę ironii, z każdego słowa wyciekał jad.
- Możesz mi przypomnieć zasady raz jeszcze, bowiem wydały mi się one zbyt absurdalne, by mogły być prawdziwe, toteż wypadły mi z głowy.
-Taka słaba pamięć u kogoś takiego? Kogoś, kto jest jednym z najwierniejszych sług Najwyższego? Zawiodłem się – ironia przybierała na sile
Raamiel spojrzał na niego gniewnie, mimo to jego twarz pozostawała nieskalana jakąkolwiek negatywną emocją. Dłonie zaciśnięte w pięści ukrył pod stołem.
- Sprawa wygląda następująco – kontynuował Apollyn – Przyjmijmy, że człowiek, gdy to nastąpi jego kres nie będzie sądzony, tylko zachowując wolną wolę, jak zawsze chciała góra, będzie miał wybór. Wybór czy podąży ze mną, skromnym diabelskim pomiotem, czy podąży za tobą, o wielki z aniołów, wprost na niebieskie krainy.
- Przecież to absurd, już przegrałeś, każdy człowiek wybierze zbawienie i spokój wieczny. Nikt nie chce cierpieć katuszy w…
- Poczekaj – przerwał diabelski pomiot – Na tym polega dowcip tej gry. W chwili końca istoty ludzkiej będziemy tam my. Wtedy przekażę temu wybrańcowi cała prawdę o miejscu, z którego pochodzę. Powiem mu, że nie jest to miejsce cierpień, tylko kraina pławienia się w grzechu, gdzie będzie mógł zrealizować swoje najbardziej skrywane żądze – tu spojrzał niewinnie na swego gościa – obiecuję powiem tylko prawdę, nie skłamię ani jednym słowem. To tez część zakładu, mówimy tylko to, co jest prawdą.
Anioł opuścił głowę. Ogarnęło go poczucie zwątpienia i rozpaczy. Obce mu przecież od tak dawna.
- Streszczając – mówił dalej udając, że nie widzi stanu, w jakim się znalazł Raamiel – Przekonamy się, czy człowiek mając świadomość tego, że może grzeszyć bezkarnie po wieki, wybierze zbawienie.
Na zakończenie uśmiechnął się nieznacznie, a w tym uśmiechu malowały się zwycięstwo i pogarda dla oponenta.
- Stoi! Nie mogę się teraz wyłgać – usiłował maskować drżący głos
- Zawsze możesz odmówić, to tylko gierka, jednak jakby to świadczyło o tobie i co gorsza o twoim panu – dodał ze sztuczną troską
- Kto ma paść ofiarą twojej intrygi?
- Raczej „głównym bohaterem” naszej niewinnej zabawy – poprawił Apollyn – a kto to będzie, przekonasz się za chwilę.
- Już nigdy ci nie uwierzę!!! – krzyknęła jakaś dziewczyna z drugiego końca sali.
Biegła ku wyjściu z płaczem. Raamiel podniósł rękę i miał krzyknąć by ją powstrzymać, nim zrobił cokolwiek Apollyn już go uchwycił za dłoń, przewiercił wzrokiem i kiwnął głową uśmiechając się przyjacielsko.
Trzasnęły drzwi, gdy opuszczała lokal. Klakson. Pisk opon. Uderzenie. Cisza…
Czas się zatrzymał, tak jak marznie tafla jeziora skuta lodem w pierwszym przypływie długiej i srogiej zimy. Cisza stała się niemal nieznośna.
- Idziemy szanowny Raamielu, chyba już czas, by rozstrzygnąć to wszystko?
- Miejmy to już za sobą – odparł ściszonym głosem
Przeszli przez zatrzymaną w czasie kafejkę. Wyszli na ulice. Tu również ludzie zastygli z głowami zwróconymi w stronę auta, które to przed chwilą uderzyło w tą młoda kobietę. To, co zostaje z człowieka, gdy nastąpi jego kres, nieraz zwane duszą, podniosło się oszołomione. Apollyn zatarł ręce. Rozluźnił się.
Niezmącona cisza została rozproszona przez rytmiczny stukot. Z początku ledwie słyszalny, z każą chwilą przybierał na sile i roznosił się echem. Kroki. Kroki postaci w czarnej szacie z kapturem skrywającym twarz i kosturem w lewej dłoni. Nadchodził od strony parku, po przeciwnej stronie ulicy gdzie stali obaj gracze. Byt w czerni zbliżył się do tego, co pozostało z dziewczyny. Podał jej rękę. Wstała i ruszyli razem w milczeniu. Mijając Apollyna i Raamiela przybysz w czerni zatrzymał się na moment i nie patrząc na nich rzekł cicho i spokojnie:
- Człowiek, gdy przyjdzie jego pora, zawsze idzie ze mną… a wy wracajcie, bo kawa wam stygnie.
Co do dalszego ciągu. Pierwotnie miało to być jedno opowiadanko, jednak teraz dostrzegam, że naprawdę wymaga to rozwinięcia. Nie chce niczego robić pochopnie, by nie popsuć tego co stworzyłem.
Dziekuje raz jeszcze za niocenione słowa krytyki